|
Osiem lat z szesnastu Nie o fasadę chodzi, ale o fundamenty Rozmowa z Gerardem Świstulskim, burmistrzem Bogatyni od 1998 roku 16 lat temu w Polsce powstał samorząd. Pan rządzi Bogatynią już połowę tego okresu. Jaki to był czas dla Pana? - Myślę, że nie tylko dla mnie, ale w ogóle dla społeczeństwa był to okres, w którym uczyliśmy się innego rozumienia samorządności. Samorząd otrzymał nowe uprawnienia i nowe możliwości. To władze samorządowe mają coraz większy wpływ na wysokość dochodów gminy, jak również mają większą swobodę w planowaniu rozwoju gminy i wydawaniu na ten cel pieniędzy. To od naszych pomysłów zaczęło zależeć to, jak ma wyglądać nasza gmina. A dla Bogatyni jakie było te osiem lat? - Myślę, że był to okres, w którym sporo spraw ruszyliśmy do przodu i sporo spraw załatwiliśmy. Na pierwszym miejscu wymienię oczekiwane przez społeczeństwo przejęcie szpitala przez gminę oraz doprowadzenie do zawarcia umowy międzynarodowej o budowie tzw. drogi transgranicznej, która połączy Bogatynię z Hradkiem i Zittau. Poza tym koncentrowaliśmy się przede wszystkim na stworzeniu podstawy rozwoju Bogatyni, na rozwoju infrastruktury. Bez tego nie można myśleć poważnie o rozwoju gminy i regionu. Wykonaliśmy szereg inwestycji, dodać trzeba bardzo kosztownych, których znaczenia na co dzień mieszkańcy mogą nawet nie dostrzegać. Kogo na przykład obchodzi, że wybudowaliśmy dwie oczyszczalnie ścieków warte kilkadziesiąt milionów złotych? Przecież zamiast inwestować w ochronę środowiska, co jest dziś nie tylko cywilizacyjną koniecznością, ale prawnym obowiązkiem, mogliśmy te pieniądze wydać na miejską kosmetykę. Efekt byłby widoczny gołym okiem, ale nie o fasadę przecież chodzi, tylko o fundamenty. Oprócz infrastruktury inwestowaliśmy w fundamenty intelektualne. W dziedzinie nakładów na oświatę jesteśmy liderem krajowym. Podobnie Bogatyński Ośrodek Kultury i Biblioteka im. Polskich Noblistów mogą być dla nas powodem do dumy. Nie odstaje tu także sfera sportu i rekreacji ze stadionem przy ul. Białogórskiej na czele. Te osiem lat nauczyło też nas, że pomimo zasobności budżetu gminy, powinniśmy korzystać z pieniędzy pochodzących ze źródeł zewnętrznych, m.in. funduszy unijnych oraz krajowych. Z wykorzystaniem tych funduszy prowadziliśmy m.in. uciepłownienie gminy, budowaliśmy oczyszczalnie ścieków. W ostatnim czasie przeprowadziliśmy termomodernizacje placówek oświatowych, a niebawem rozpoczniemy modernizację Zakładu Uzdatniania Wody. Czy pamięta Pan ten dzień, gdy po raz pierwszy usiadł Pan w fotelu burmistrza w swoim gabinecie? Jak się Pan wtedy czuł? - Pamiętam, że pierwsze wrażenie dotyczyło obaw, czy budżet miasta i gminy nie pęknie ze względu na ogromne zadłużenie, jakie wówczas zastaliśmy. To były spore pieniądze. Długi stanowiły ponad jedną trzecią budżetu. Bodaj było nawet tak, że pod koniec roku trzeba było pożyczać pieniądze na wypłaty dla urzędników. Pamięta Pan to? - Tak to prawda. Pamiętam też, że trzeba było aneksować umowę z wykonawcą oczyszczalni ścieków, ponieważ zalegaliśmy mu ok. 2 mln złotych. To było sporo w tym czasie. Od razu więc zderzyliśmy się z problemami finansowymi, jednak z czasem uporaliśmy się z nimi. Aktualnie zadłużenie gminy nie przekracza 15 proc. budżetu. Dla porównania, to mniej więcej taka sytuacja, jak gdyby średnio zarabiająca osoba kupiła na raty średniej klasy telewizor. Dodam, że dochody gminy stale i systematycznie rosną. Sięgają już ok. 110 mln złotych. Nie spełniły się więc przepowiednie moich adwersarzy, mówiące o tym, że Bogatynie czeka finansowa zapaść. A jak Pan ocenia te osiem lat w aspekcie społecznym? Mam na myśli samopoczucie mieszkańców, ich nadzieje i niepokoje, jakie targały nimi przez ten czas? - Myślę, że głównym elementem niepokoju, nie tylko w Bogatyni, ale w całym kraju, był brak pracy i dramatyczne zubożenie społeczeństwa. Tymczasem samorząd miał na to bardzo ograniczony wpływ, bo przecież to władze państwowe w największej mierze tworzą warunki do inwestowania, rozwoju istniejących przedsiębiorstw, czy ochrony rynku. Na początku polskiej transformacji nie brano tego pod uwagę i to się bardzo negatywnie odbiło na różnych gałęziach przemysłu. Dotyczy to również Bogatyni, gdzie przemysł, nie licząc elektrowni i kopalni, praktycznie padł. Gdy zostałem burmistrzem w 1998 roku Doltex już nie istniał, winiarnia była na skraju upadłości. Tymczasem samorząd poza np. umorzeniami podatku od nieruchomości, nie miał narzędzi, by wspomagać te zakłady. I bezrobocie zamiast maleć – rosło. W kadencji 1998 – 2002 był Pan burmistrzem wybranym przez radę. W kolejnej Pański mandat pochodzi już z wyborów powszechnych. Czy te dwie kadencje różniły się od siebie? A która sytuacja jest dla Pana bardziej komfortowa? - Bardziej komfortowa od strony decyzyjnej jest obecna sytuacja. Aczkolwiek jest ona bardziej dla mnie pracowita i bardziej odpowiedzialna. Wymaga ode mnie podwójnego wysiłku w porównaniu do poprzedniej. Myślę jednak, że jest to właściwy kierunek, ponieważ takie kolegialne „mielenie” różnych spraw, często drobnych, powodowało, że proces podejmowania decyzji bywał spóźniony. Podejmowanie decyzji było wówczas uciążliwe, nie tylko dla nas, ale również dla społeczeństwa. Wiele kwestii musieliśmy omawiać, dyskutować, tymczasem wymagały one czasem tylko podpisu. Z tego powodu inaczej pracuje cały urząd. Uważam, że jest dzięki temu sprawniejszy. Czy pamięta Pan jakieś trudne decyzje, przy których zadrżała Panu ręka, zanim Pan je podpisał? - W sprawach najważniejszych nie podejmuję decyzji samodzielnie. Zwykle zasięgam opinii fachowców. A w sprawach personalnych? Zapytam wprost. Czy nie zadrżała Panu ręka, gdy po ponad 7 latach współpracy odwołał Pan swojego zastępcę? - Przypomnę, że gdy przyszedłem do urzędu w 1998 roku nie robiłem żadnych czystek. Uważam, że urzędników nie powinno się wyrzucać z pracy tylko dlatego, że zmienia się ekipa. To ja jestem politykiem. Ja więc mogę zostać zmieniony. Urzędnicy powinni być specjalistami w swoich dziedzinach i powinni być oceniani wyłącznie merytorycznie.W przypadku zastępców decydowały nie tylko walory fachowe, ale i zawarta przed laty umowa koalicyjna. W stosunku do jednego z nich straciłem zaufanie. Z różnych powodów. Przede wszystkim okazał się człowiekiem absolutnie nielojalnym, a także dezorganizującym pracę w obszarze powierzonych mu obowiązków. Oczywiście zmieniły się również warunki polityczne, które sprawiły, że w 1998 roku otrzymał stanowisko zastępcy burmistrza. Czy ma Pan wyrzuty sumienia z powodu tej decyzji? - Nie mam. Przeżył Pan w swojej karierze referendum o odwołanie burmistrza i rady gminy i miasta. Przeżył Pan pikiety pod swoim oknem, a nawet palenie własnej kukły przed urzędem. Czy dużo krwi Panu zepsuły te sytuacje? - Na pewno, ale myślę, że sporo też mnie nauczyły. A donosy? - To coś najbardziej podłego, co może się przydarzyć w polityce. Krytyka jest potrzebna każdemu, kto sprawuje funkcję publiczną. Ale krytykę od donosicielstwa, w dodatku opartego na kłamstwie i pomówieniu, należy odróżnić. Stosowanie takich metod w stosunku do swoich konkurentów politycznych jest wyjątkowo ohydne. Byłem, jestem i będę temu zdecydowanie przeciwny. Z całą mocą będę się przeciwstawiał takim praktykom, bez względu na to, czy dotykają mnie, czy też innych samorządowców i działaczy społecznych. |